Ósmego dnia poznałem grunt
Gdy spod nóg zacząłem go tracić
Mimo, że pod sobą nie kopałem
Momentalnie wpadłem w dołek
Próbowałem się wydostać
Jednak depresja nie chciała mnie opuścić
Gęsi nie było w pobliżu
A odkryłem gęsią skórkę
A raczej to ona mnie odkryła
Gdy poczuła temperaturę
Zdecydowanie za zimną
Dziewiątego dnia dostrzegłem wrota
Postać przed nimi wymachiwała mieczem
Ze swoista nonszalancją
Wiedziony ciekawością postanowiłem zaryzykować
Świst miecza nad moją głową trwał tyle
Co mrugnięcie oka
A raczej trwałby tyle, gdybym zdążył mrugnąć…
Przynajmniej zaoszczędziłem na fryzjerze
Wolałem się jednak oddalić, by nie zaoszczędzić na czym innym
Co było niebezpiecznie blisko ostrza
Spojrzenie strażnika wrót również nie zachęcało
Do dalszego przebywania w jego obecności
Z dziesiątego dnia pamiętam niewiele
Na pustyni
moich wspomnień z tamtego okresu
Rzadko pojawiały się
Niewyraźne oazy
Tak odkryłem fatamorganę
Dzień jedenasty również w mojej pamięci
Nie zaznaczył się niczym szczególnym
Poza tym, że poznałem istotę, która
Zdawała się być podobna do mnie
Urzeczony nagą prawda
Wpatrywałem się w jej oczy
Energiczne uderzenie w policzek
Przekonało mnie
Że oczy u tej osoby
Znajdowały się znacznie wyżej
Piekło!
Tak poznałem piekło…
I kobietę
Chociaż nie chciało opuścić mnie wrażenie
Że już skądś się znamy
Kobieta również nie chciała mnie opuścić
Syknęła tylko coś w stylu : “Na dobre i złe”
Miałem nadzieję, że dotrzyma słowa
i zacząłem czekać
Na to “dobre”
Ponieważ nie śpieszyło się z odwiedzinami
Pozostało mi jedynie pogodzić się ze swoim losem
On jednak nie chciał pogodzić się ze mną